Przed expose

Premier Ewa Kopacz jest pierwszym od 25 lat szefem rządu obejmującym funkcję w warunkach znacznego pogarszania się sytuacji międzynarodowej. Postępująca agresja Kremla na Ukrainie, słabość tamtejszego systemu politycznego oraz nieadekwatna polityka Unii Europejskiej tworzą wyzwania, których podjęcie będzie decydowało o zdolności Polski do realizacji swoich interesów w przyszłości.



Prezydent Putin otwarcie zerwał z ustanowionym po zimnej wojnie porządkiem, opierającym się na uznaniu suwerenności państw i ich integralności terytorialnej oraz poszanowaniu woli narodów w wyborze ich drogi rozwoju. Dziś oczywiste jest, że jego celem jest uniemożliwienie Ukraińcom wprowadzenia standardów europejskich (gospodarcza część umowy stowarzyszeniowej zakłada wprowadzenie 60% prawa UE) oraz trwałe związanie Ukrainy z Rosją. Nie wiemy jakie są dalsze terytorialne apetyty Kremla. Wiemy jedynie, że Putin stał się zakładnikiem gorączki szowinistycznej, w którą wprowadził Rosjan aby legitymizować swoją władzę. Jednak aby zaspokajać nacjonalistyczne oczekiwania rodaków, będzie musiał co jakiś czas uzyskiwać korzyści kosztem innym państw. Wiemy także, że jego celem jest rozbicie Unii Europejskiej, aby móc realizować swoje cele polityczne nie wobec zjednoczonej Wspólnoty, lecz osobno vis-a-vis Berlina, Paryża, Londynu czy Rzymu. Co gorsza, swoje zdobycze na Ukrainie legitymizuje we współpracy z Unią Europejską (m.in. dotyczy to autonomii dla Donbasu, wstrzymania realizacji reform środowiska gospodarczego zgodnie z umową stowarzyszeniową, porozumienia w sprawie dostaw gazu wynegocjowanego z Kijowem przez komisarza Oettingera na warunkach Gazpromu). Unia tworzy nie tylko płaszczyznę do takich uzgodnień, ale zgadza się na narzuconą jej przez Rosję funkcją ich gwaranta.

Okolicznością, która wyznacza ramy naszej polityki wobec Ukrainy jest jej sytuacja wewnętrzna. System korupcyjno - oligarchiczny rozwijany tam od początku niepodległości utrzymał się także po ostatniej rewolucji na Majdanie. Szanse na jego podważenie wyraźnie maleją wobec rezygnacji z przeprowadzenia szerokiego programu reformy i uczynienia wyborów 26 października br. jako punktu odniesienia wewnętrznej polityki. Wobec nie utworzenia nowej partii reform z sił, które ujawniły się na euromajdanach w różnych miastach Ukrainy oraz dominacji w wyborach starych, pomarańczowo - niebieskich elit, przeprowadzenie przez przyszłą Radę Najwyższą reform wydaje się jeszcze trudniejsze. W tej sytuacji nie może dziwić spolegliwość władz Ukrainy wobec oczekiwań Rosji, aby zatrzymać w praktyce (choć nie de jure, bo umowa została ratyfikowana) stowarzyszenie z Unią Europejską. Realne jest dalsze pogarszanie się sytuacji gospodarczej i socjalnej Ukrainy, zsuwające ją do statusu państwa upadłego. Takie konsekwencje braku reform odbiją się bardzo negatywnie w pierwszej kolejności na Polsce jako jej sąsiedzie.

Paradoksalnie największym wyzwaniem dla nowego rządu jest polityka unijna. Największym dlatego, iż możliwość wpływu na nią Polski jest wysoka i także dlatego, że polityka ta uległa zdecydowanej zmianie w ciągu ostatniego półrocza. Przede wszystkim zarzuceniu uległ główny cel Partnerstwa Wschodniego, tzn. wspieranie reform zamieniających standardy oparte o korupcję na standardy państwa prawa. Ukraina ma prawo sama z reform zrezygnować. My wiedząc, że konsekwencje tego prowadzą do jej faktycznej upadłości, nie mamy prawa w tym uczestniczyć. A stało się tak już w momencie podpisania w czerwcu br. umowy stowarzyszeniowej. Wówczas pod wpływem Kremla, Berlina i Paryża, Kijów zadecydował o odłożeniu jej ratyfikowania przez Radę Najwyższą do czasu uwzględnienia zastrzeżeń Putina przez specjalnie powołaną grupę złożoną z przedstawicieli Komisji Europejskiej, Rosji i Ukrainy. Ponieważ wiadomo było, że celem Rosji jest niedopuszczenie do realizacji opisanych w umowie reform, jasnym powinno być, że wchodząc w ten proces działamy jako UE na rzecz zakwestionowania stowarzyszenia. Stało się to oczywiste, gdy 12 września br. Komisja Europejska, Rosja i Ukraina uzgodniły w Brukseli, że Kijów nie będzie realizował części gospodarczej umowy stowarzyszeniowej, ergo nie będzie reformował państwa do 2016 roku. Do tego czasu mają dalej trwać rozmowy, których celem jest realizacja rosyjskich żądań. Mało tego. W ubiegłym tygodniu w Berlinie z udziałem komisarza Oettingera zawarto porozumienie w wyniku którego Ukraina zgodziła się kupować gaz po cenie podyktowanej przez Kreml, mimo iż w tę samą cenę paliwa zakwestionowała zanosząc sprawę do arbitrażu w Sztokholmie. Znowu, Kijów może sam decydować o swoich porażkach, ale do czego służyła tam obecność komisarza Oettingera? Dodatkowo, dlaczego komisja zawiesiła postępowanie w sprawie praktyk monopolistycznych wobec Gazpromu w Unii Europejskiej? Czy nie jest to kolejny gest wobec Putina, którego ten nawet nie kwituje tylko posuwa się dalej?

Zreasumujmy. Słusznie pani premier w swoim pierwszym, krótkim wystąpieniu stwierdziła, że Unia Europejska powinna tworzyć forum dla naszej polityki wschodniej. To formuła, która w przeszłości przynosiła nam szereg sukcesów. Pytanie - jak reagujemy na zmiany, które w polityce unijnej nastąpiły? Dodajmy, że nastąpiły bez jakiegokolwiek mandatu ze strony państw członkowskich i Parlamentu Europejskiego oraz wbrew prawu europejskiemu, którego elementem jest Partnerstwo Wschodnie.

Z jednej strony możemy uznać tę zmianę i zgodzić się na przykład na uzgodnienia z 12. września br. Jest to ryzykowny wariant. Zakłada on dalsze ugłaskiwanie Putina, gdy ten posuwa się dalej, legitymuje przy naszym udziale swoje zdobycze i co gorsza, nie wiemy gdzie finalnie chce dojść. Prowadzi on też do realizacji marzenia Kremla o rozbiciu Unii. Dzisiejsza polityka Brukseli nie ma mandatu 28 członków, a jedynie Berlina i Paryża, które szereg rozmów prowadzą samodzielnie z Kremlem. Na koniec ułatwia powstanie za naszą wschodnią granicą upadłej Ukrainy, z wszystkimi konsekwencjami: humanitarnymi, ekonomicznymi i w zakresie bezpieczeństwa. Konsekwencje tej polityki, nawet niezamierzone, są negatywne.

Powinniśmy zatem wybrać inną politykę, bardziej wymagającą od nas, ale zgodną z naszą i europejską racją stanu. Jej założeniem powinno być wyciąganie wniosków z wydarzeń na Wschodzie przy jednoczesnym wspieraniu tej części społeczeństwa ukraińskiego, która pragnie reform, realnym wzmacnianiu w ramach UE i NATO bezpieczeństwa członków tych instytucji wobec Rosji oraz podnoszeniu ceny Kremla za agresje przeciw Ukrainie. Sami wobec Rosji nic nie wskóramy. Jednak nie możemy godzić się na realizowaną przez Berlin i Paryż politykę obłaskawiania Kremla, gdyż w ten sposób tylko zapraszamy go dalej. Nie możemy firmować rozmów, które przynoszą jednostronne zwycięstwa Putina, bo w ten sposób zamieniamy rolę sojusznika stowarzyszonej Ukrainy na rolę sojusznika Kremla w wymuszeniach na Kijowie. Ukraina ma prawo sama podejmować decyzje. My natomiast nie powinniśmy uczestniczyć w podejmowaniu tych, które są dla niej niekorzystne, bo zamiast zniechęcać, zachęcamy Kreml do dalszej agresji i podważamy naszą wiarygodność wobec partnerów. Wreszcie, jeżeli dziś Ukraina przegrywa, nie znaczy że tak będzie w przyszłości. To zależy od samych Ukraińców. Jeśli dziś ich wesprzemy pokazując znaczenie reform i wyposażając w instrumenty monitorowania władz, w przyszłości mogą wystąpić skuteczniej z pozytywnym programem nie tylko wobec władz w Kijowie, ale także wobec Kremla. Historia pokazuje, że nie można rządzić dłużej wbrew woli ludności. Ważne, abyśmy byli wiernym programowi wprowadzania standardów europejskich na Ukrainie także dlatego, aby ewentualny ruch oporu wobec Rosji utrzymał program europejski i nie stoczył się w kierunku haseł nacjonalistycznych. Powinniśmy zakwestionować sposób wprowadzenia wolty w polityce europejskiej, bo stało się to bez jakiejkolwiek legitymacji ze strony Rady i Parlamentu Europejskiego. Podważając legalność tej polityki działamy na korzyść Unii, wzmacniając jej mechanizmy wspólnotowe. Należy wreszcie przekonać Berlin do wzmocnienia NATO na wschodniej flance. Der Spigel ujawniając słabość armii niemieckiej podważył zasadność protestu pani Merkel przeciw istotnym i trwałym instalacjom sojuszu w Polsce. Nie możemy przecież w kontekście tych informacji polegać na pomocy jedynie mającej problemy Bundeswehry. Ambitny program polskiej polityki zagranicznej – realistyczny, ale oparty na wartościach, może zwiększyć nasze szanse na bezpieczną przyszłość.
Trwa ładowanie komentarzy...