O autorze
Nigdy nie paliłem się do pisania bloga. Uważałem, że jeszcze nie do końca odnajduję się w internetowej rzeczywistości. Jednak kiedy zacząłem coraz częściej korzystać z sieci, odkryłem, że jest masę kwestii, o które pytają mnie zwykli ludzie. Kiedy więc dostałem propozycję od portalu, który tworzą tacy dziennikarze jak Tomasz Lis i Tomasz Machała, nie mogłem odmówić. Jestem głęboko przekonany, że najważniejsze rzeczy, dotyczące światowych przemian w XXI wieku, będą się odbywać w internecie.

Czy racja wystarczy? O dylemacie polityki zagranicznej Andrzeja Dudy.

Dla Andrzeja Dudy kampania wyborcza była okresem bardziej deklarowania intencji, niż prezentowania konkretnych planów. Dotyczyło to także polityki zagranicznej, w której prezydent ma duże pole do inicjatywy. Teraz następuje czas weryfikacji, w którym przekonamy się o jego skuteczności. Kandydat Prawa i Sprawiedliwości był ostrym krytykiem Bronisława Komorowskiego. Totalna negacja działań poprzednika zapewniła mu zwycięstwo w wyborach, pozbawiła jednak taryfy ulgowej w ocenie własnych działań. Skoro, jak twierdzi, do tej pory wszystko szło fatalnie z powodu błędów poprzednika, to należy oczekiwać, że nowy prezydent szybko osiągnie sukces. Surowość sądów, z którą Duda oceniał Komorowskiego będzie towarzyszyła teraz jemu samemu. Dołożę starań, aby z mojej strony ten sąd był uczciwy.



W ubiegłym tygodniu miały miejsce pierwsze wypowiedzi prezydenta wskazujące, jak rozumie swoją aktywność w kluczowych sprawach zagranicznych. W wywiadzie dla dziennika Financial Times Andrzej Duda przedstawił żądanie stworzenia baz NATO na jego wschodniej flance. W tej sprawie mamy szczęśliwie porozumienie najważniejszych sił politycznych i prezydent dostał silny mandat do współpracy z rządem, aby ten cel osiągnąć. Nie chodzi zatem co robić w tej kwestii, lecz w jaki sposób. I tu leży moja zasadnicza wątpliwość. Dobrze, że prezydent powtarza strategiczny cel zdefiniowany przez swojego poprzednika. Jednak samo przedstawienie słusznego roszczenia wobec zachodnich sojuszników w jednej z najważniejszych gazet w Europie nie jest w dyplomacji siłą sprawczą. W przypadku braku zgody partnerów jest jedynie demonstracją obnażającą słabość.

Medialne wystąpienia mają sens, gdy zwrócone są do naturalnego adresata, którym jest opinia publiczna. A z tą, szczególnie na Zachodzie, trzeba nauczyć się rozmawiać. W demokracji to ona rządzi i o jej przekonanie do naszych racji trzeba zabiegać. Brytyjczycy czy Francuzi nie rozumieją naszych obaw. Punktem odniesienia dla nich jest Rosja, jej zasoby, kultura i polityka. Ukraina w ich świadomość pozostaje w dalszym ciągu częścią świata rosyjskiego. Jej aspiracje i odrębność narodowa pozostają czymś nieznanym, stąd niezrozumiałym. Dlatego wojna, którą Rosja wydała Ukrainie dla przeciętnego mieszkańca Zachodu jest częścią wewnętrznego konfliktu strefy posowieckiej, odrębnej od obszaru Unii i NATO. Postrzegana jest zatem nie jako zagrożenie dla Europy, lecz zamknięty na jej wschodnim obszarze proces wyłaniania się nowej rzeczywistości po upadku Związku Radzieckiego. Na Zachodzie mało kto rozumie płynące z Kremla zagrożenie. Nic dziwnego zatem, że zachodnia opinia publiczna nie pojmuje naszych obaw, a uzasadnione roszczenia większego zaangażowania na wschodniej flance traktuje jako niepotrzebne prowokowanie Rosji. Aby uzyskać wsparcie społeczeństw zachodnich dla naszych postulatów, należy pokazać, iż bazy natowskie u nas są korzystne dla nich samych.

Przecież w istocie rzeczy ekipie Putina chodzi o podważenie rządów prawa i standardów krajów samej Unii Europejskiej i NATO, aby łatwiej móc odnosić korzyści gospodarcze i polityczne w relacji z jej członkami. Dla Brytyjczyków znamienna powinna być ostatnia afera z renomowanymi firmami pośredniczącymi w obrocie nieruchomościami w Londynie, gotowymi za duże prowizje ułatwiać kupowanie luksusowych apartamentów przez Rosjan z pieniędzy pochodzących z nielegalnych źródeł. Łatwość, z jaką elita rosyjska korumpuje brytyjski biznes i świat polityki niekorzystnie przekłada się na interesy zwykłych londyńczyków. W tym przypadku podnosi absurdalnie wysoko ceny nieruchomości. Argumentem Putina w tej polityczno - biznesowej grze są korupcja, masowa dezinformacja, ale także militarna siła, jako argument w potencjalnym szantażu. Gdy kremlowska korupcja i propaganda nie osiągną w Polsce czy państwach bałtyckich celu, ten właśnie wojskowy szantaż może prowadzić w przyszłości do wymuszenia na nich ustępstw. Mogą one dotyczyć zajęcia jakiegoś stanowiska czy korzyści gospodarczych, zawsze jednak chodzić w nich będzie o zrobienie wyłomu we wspólnych europejskich regułach czy polityce. A że Europa to naczynia połączone, wyłom ten będzie miał swoje negatywne konsekwencje na całym jej terytorium. Szantaż militarny nie musi ograniczać się terytorialnie do Europy Środkowej. Szereg prowokacji lotniczych wobec Wielkiej Brytanii czy zabójstwo na zlecenie Putina brytyjskiego obywatela, którym był Litwinienko pokazuje, po której stronie frontu wyznaczonego przez Kreml znajdują się sami Brytyjczycy.

Wzmocnienie militarne wschodnich członków sojuszu immunizuje ich na szantaż rosyjski i wzmacnia barierę przed psuciem całego systemu europejskiego, w konsekwencji działając na rzecz bardzo konkretnych interesów każdego obywatela Unii lub NATO. Taka powinna być argumentacja polskiego prezydenta, jeśli chce przekonać do naszego stanowiska zagraniczną opinię publiczną. Możliwe jest jednak, że Andrzej Duda uzna inaczej i podąży drogą swojego duchowego przewodnika, śp. Lecha Kaczyńskiego. Zmarły prezydent uważał, że siłą Polski jest moralna racja i jej samo prezentowanie powinno wystarczyć, aby odnieść sukces. Niestety bez zrozumienia specyfiki partnerów, ich poglądów i interesów, bez zbudowania odpowiedniej argumentacji i sojuszy bardzo często boleśnie zderzał się ze ścianą i przegrywał, naruszając przy tym powagę Polski. Kaczyński miał oczywiście rację domagając się większej pozycji państw średnich w unijnym procesie decyzyjnym, opisanym później w Traktacie Lizbońskim czy w przypadku żądania realnego wsparcia Gruzji przez Zachód. Sama racja nie wystarczyła i przysporzyła jedynie goryczy porażki. Wspierany przez Annę Fotygę prezydent nie przyjmował argumentów o konieczności zbudowania strategii dyplomatycznej dla osiągnięcia zakładanych przez siebie celów. Wolał publicznie domagać się od sojuszników rzeczy słusznych, niż tworzyć sytuacje, w których oni sami uznaliby je za takie. Niestety w polityce zagranicznej walenie prawdą między oczy, rzadko daje efekt. Aby osiągnąć sukces trzeba finezyjnie łączyć różne interesy w całość kształtując, ale też i wyczekując odpowiedniego momentu politycznego. Od tego jak szybko zrozumie to Andrzej Duda będzie zależała jego skuteczność.
Trwa ładowanie komentarzy...