Likwidacja "formatu normandzkiego" daje wolną rękę Putinowi

Jestem zaskoczony, że Pan prezydent chce spotykać się z wszystkimi na świecie, za wyjątkiem premiera własnego państwa. A jest o czym rozmawiać i kwestii tych nie wolno traktować jako taniej rozgrywki wyborczej. Już dziś widać, że gdyby Andrzej Duda spotkał się z Panią premier lub ministrem Grzegorzem Schetyną przed upublicznieniem swoich planów podważania formatu normandzkiego i walki o nową formułę negocjacji z Rosją, nie poniósłby prestiżowej porażki słysząc od prezydenta Poroszenki, że Ukraina nie jest zainteresowana jego propozycjami.

Na czym polega problem? W kampanii wyborczej Andrzej Duda i PiS zaczęli grać polską rację stanu. Jako pretekst do krytyki Bronisława Komorowskiego potraktowali nieobecność Polski przy stole, gdzie są omawiane kwestie agresji rosyjskiej na Ukrainę. W kontrze do byłego prezydenta zobowiązywali się do rozszerzenia "formatu normandzkiego" o Polskę. Następnie zmienili ten postulat o włączenie do rokowań wszystkich sąsiadów Ukrainy, by ostatnio zwiększyć to grono o USA i UE. Prezydent Duda przy okazji wizyty w Estonii wprost poinformował dziennikarzy, że w rozmowie z kanclerz Merkel rozpocznie akcję dyplomatyczną na rzecz zastąpienia "formatu normandzkiego", w którym biorą udział Niemcy, Francja i Ukraina i Rosja znacznie szerszą formułą. Prezydent nie informuje przy tym, o jakie interesy Polski i rozwiązania kryzysu chce zabiegać.

Co to oznacza w praktyce? Niemcy, Francja i Ukraina zawarły z Rosją w Mińsku dwa porozumienia regulujące stosunki polityczne w części Donbasu zajętej przez separatystów i wojsko rosyjskie. Zawierają one w tym kontekście także wzajemne zobowiązania Kijowa i Kremla. Wiadomo, że zapisy umów wprowadzane są z wielkim oporem, a zawieszenie broni notorycznie łamane przez Moskwę. Jednak porozumienia mińskie są jedynymi zobowiązaniami Rosji do niewchodzenia w głąb Ukrainy. Nie wiadomo jakie są plany Kremla. Wiadomo, że mamy obecnie do czynienia z natężeniem walk ze strony rosyjskiej. Wiadomo również, że nie mamy żadnego alternatywnego rozwiązania wiążącego formalnie Moskwę. Ani USA, ani pozostali członkowie Unii Europejskiej na czele z Niemcami, Francją, Wielką Brytanią czy Włochami nie chcą bardziej angażować się w spór z Rosją. "Format normandzki" jest dziś jedynym instrumentem gwarantowania porozumień mińskich. Nie jest nim Rada Bezpieczeństwa ONZ, gdzie Kreml ma prawo weta, ani OBWE, które tylko monitoruje ich przestrzeganie.

Wobec tego postulat polskiego prezydenta, zanegowania formatu normandzkiego przez Berlin, Paryż i Kijów oznacza zarazem zakwestionowanie porozumień mińskich, gdy nie ma żadnej dla nich alternatywy. Dodatkowo jest on zgłaszany w sytuacji, gdy kraje Zachodu wywierają presję na Rosję, aby zatrzymać przygotowywaną przez nią dalszą ekspansję. Zatem czy przez zakwestionowanie formatu normandzkiego i w konsekwencji porozumień mińskich, Andrzej Duda chce uwolnić Rosję od zobowiązań i ułatwić dalszą agresję? Nie wierzę w to. Wszystko wskazuje na to, że nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich żądań. A co gorsza, nie ma o nich pojęcia także jego zaplecze.

Znamy wystąpienia ministra Schetyny sugerującego, iż zamiast "formatu normandzkiego" z Niemcami, Francją, Ukrainą i Rosją wolałby tzw. "format genewski" z USA, UE, Ukrainą i Rosją. Sam mówiłem o tym nieskończoną ilość razy. Format rozmów związany jest bowiem z planem politycznym, który strony chcą zrealizować. Celem "formatu normandzkiego" jest zatrzymanie agresji Rosji kosztem koncesji ze strony Ukrainy. W formule "genewskiej" wspólny potencjał Zachodu, większy niż samych Niemiec i Francji, tworzyłby większą presję na Kreml, aby przestrzegał prawa międzynarodowego. Cóż z tego, gdy Zachód nie jest do tego gotowy?

Co robić? Co innego dystansowanie się i wskazywanie na wady "formatu normandzkiego", co innego rozpoczęcie nieprzygotowanej kampanii politycznej, aby się z niego wycofać. Wskazujmy w zaciszu gabinetów potrzebę silniejszego przeciwstawienia się Putinowi. Pokazujmy negatywne konsekwencje osłabiania przez Kreml spójności Unii Europejskiej. Dowodźmy, jak niebezpieczne jest dla nas poddawanie Ukrainy i innych krajów Europy Wschodniej wpływom Kremla. Jednak nie mając realnej i uzgodnionej alternatywy nie zrywajmy ostatniej nici utrzymującej "gorące" zawieszenie broni na Ukrainie i ograniczającej agresję Putina. Rozumie to doskonale i realizuje Grzegorz Schetyna. Źle, że tej lekcji nie odrobił nasz prezydent.
Trwa ładowanie komentarzy...