Kaczyński widzi siebie w roli premiera

Dosyć niepostrzeżenie przeszedł nam ważny moment w kampanii. Czy można go będzie nazwać zwrotem, zobaczymy wkrótce. Dziś jest wart odnotowania. Otóż do roli naturalnego pretendenta do funkcji premiera powrócił Jarosław Kaczyński. Tylko tak można interpretować jego wystąpienie w ubiegłą sobotę w Poznaniu oraz zezwolenie na transmitowanie go przez krajowe telewizje. Prezes PiS wiedział, co chce powiedzieć i wiedział jak to będzie interpretowane. Trudno zresztą, aby całościowa wizja przebudowy państwa została uznana za coś innego, niż programowe przemówienie przyszłego szefa rządu. Nie znam demokratycznego kraju, w którym tego typu konkretny plan działania przedstawiałby szef partii dla swojego podwładnego. Zawsze przedstawia dla siebie. Poza tym do tej pory PiS bardzo uważał, aby Kaczyński nie znalazł się w środku kampanii. Jeśli uległo to zmianie, to z ważnego powodu.



I dalsze przesłanki. Nocna wizyta prezydenta Andrzeja Dudy u prezesa, poprzedzająca sobotnie wystąpienie nie ma precedensu. Prezes PiS wiedział, że sprawa wyjdzie i będzie szeroko komentowana. Niezależnie od tematu rozmów, spotkanie wyglądało wyraźnie jak powrót Jarosława Kaczyńskiego do oficjalnej gry, z ukazaniem "kto tu rządzi".

I idąc dalej. Wcześniej Beata Szydło informowała, że jest dogadana
z prezesem Kaczyńskim na sprawowanie funkcji premiera przez całą, czteroletnią kadencję. W weekend Jarosław Kaczyński stwierdził, że jeśli będzie ona złym premierem, odejdzie szybciej. Sama Szydło odpowiedziała, że wie co ją czeka, gdy przestanie realizować program partii. Niby naturalna wymiana zdań, ale wcześniej do niej nie dochodziło. Poza tym program modyfikuje się w trakcie sprawowania władzy. I robi to premier, mający wiedzę dotyczącą zmieniających się warunków. W tym przypadku, Szydło potwierdziła swoje pełne podporządkowanie prezesowi, recenzującemu "kanoniczność" działań rządu. Jeśli tak, to po co ma być premierem?

Trudno powiedzieć co tę zmianę w kampanii spowodowało. Jedno jest pewne. Jarosław Kaczyński skompletował skład przyszłego klubu parlamentarnego, aby był w pełni zależny od niego. Zatem to on będzie kontrolował rząd. I trudno byłoby mu zaakceptować, że do zwycięstwa dochodzi przy jego absencji. A jeśli przy jego udziale, to po co Szydło jako premier? Przecież partia i program zmian w Polsce są jego.
Trwa ładowanie komentarzy...